Zgłoszenie do artykułu: Uparty

Przyjmuję do wiadomości, że Administratorem moich danych osobowych jest Centrum Kultury Podgórza w Krakowie, z siedzibą: ul. Sokolska 13, 30-510 Kraków, e-mail: sekretariat@ckpodgorza.pl. Moje dane osobowe będą przetwarzane w celu przygotowania i przekazania odpowiedzi na przesłaną przeze mnie wiadomość. Więcej informacji na temat ochrony danych osobowych znajduje się tutaj: polityka prywatności.

Wychudły, szczupły, jak badyl, co rośnie

Na wyniszczonym klęskami ugorze:

Przedwcześnie znikły z twarzy barwy hoże;

W samem zaraniu życia, w samej wiośnie.

Stał przed komendą... Nieznany nikomu,

Więc przeglądano jego dokumenty.

On czekał... W oczach tkwił upór zacięty,

Usłyszał:

– Możesz pan wracać do domu.

– Ja nie chcę!

– Nie chcesz być wolnym? Dlaczego?! Wszak tu świadectwo lekarza, żeś chory?

– Eh! – odparł drwiąco – przemądre doktory! Jak na złość zrobią z najzdrowszych chorego!

– Głupstwa Waść pleciesz – rzekł komendant chmurny

– Jaki mi rycerz butny i kanciasty: ileż ty lat masz?

– Skończyłem szesnasty – odparł, jak gdyby stanął na koturny.

– Ależ, nam zdrowych i silnych potrzeba!

A ty chłopczyno z oczkami modremi

Tak jesteś wiotki, że mógłby cię z ziemi

Lada wiatr unieść wprost z „pola” do nieba...

Jemu łzą zaszło bystre, jasne oko...

Ręką usunął ją niespostrzeżenie

I rzekł:

– Ja całe opowiem zdarzenie:

Bo to tak było – odetchnął głęboko...

Kiedyśmy z pola zeszli na spoczynek,

Przybyła tutaj z domu mama nasza;

Kobietę zaraz drobna rzecz przestrasza

I chce, by każden z nas był: „mamin synek”.

– Dlaczego mówisz matka nasza?

– Ze mną brat był, my zawsze szli w kompanii z bratem;

On padł moskiewskim rażony granatem

I już wrzucili go w mogiłę ciemną...

Dokończył ciszej... Lecz suche miał oczy...

Tylko mu wyszły na lica wypieki,

Jak gdyby refleks pożogi dalekiej,

Przy której blaskach śmierć swój rydwan toczy;

Tylko dźwignięte do góry ramiona,

Odruchem nagłym... Na ustach ślad piany,

Mówiły, że brat był bardzo kochany,

I, że śmierć jego musi być pomszczona.

– Bo to tak było – znów zaczął – gdy mama

Zjechała, zaraz wymówki, rozpacze:

„Że dla niej wszystko na tym świecie znaczę,

Że ona przecież nie zostanie sama”;

A doktor pewnie z nią trzymał, więc razem:

„Zostań! – dość jednej, tak okropnej straty!

Wracaj do domu! Do rodzinnej chaty!

Licz się z jej łzami – nie bądź przecież głazem.

I nuże wmawiać jakąś słabość we mnie:

Że trochę kaszlę (pewnie z przeziębienia),

To tylko drobiazg marny bez znaczenia!

Taką w człowieka rzecz wmawiać – daremnie!

– Więc ty chłopaku chcesz, by zmarła matka?

Chcesz tak okropną jej zgotować dolę?!...

Podniosło głowę rycerskie pacholę,

Jak gdyby Boga chciał wzywać na świadka;

W pytającego źrenice zamglone

Wbił, jak z wymówką – a potem błysk żalu,

Co się przesunął po źrenic opalu...

I znów skierował je w daleką stronę...

I ujrzał całą swą ojczyznę cudną

Tak malowniczą, świetną, pełną krasy:

Te łąki z tęczą kwiatów, bujne lasy –

Zmienione dzisiaj w pustynię bezludną!

I uczuł mocą młodzieńczego serca,

Że za tę ziemię, którą nam wydarto,

Za pomstę krzywdy ciężkiej ginąć warto,

By legł zgromiony ów zbir i morderca!...

Utkwił wzrok w próżnię... Tam brata mogiła

Sieroca, cicha w traw skrwawionych wieńcu...

I taka wściekłość drgała mu w rumieńcu,

Taka mu zemsty żądza z oczu biła,

Gdy wspomniał brata, który padł od kuli,

Że mu pot zimny wystąpił na czoło...

Nie myślał o tem, co się dzieje w koło!

Zapomniał o swej nieszczęsnej matuli,

Która bez niego zemrze gdzieś w zaułku,

I zapytany:

– Cóż z tobą się stanie? Jedziesz do matki?

Rzekł twardo:

– Nie, panie!

Ja muszę wracać dziś jeszcze – do pułku![1], [2]